literacko

Nie ma czasu na niebycie

Marzec 2020

– Babciu wiem, że to trudne, ale musisz posłuchać. To nie potrwa długo. Trzeba dostosować się do zaleceń i zostać w domu. Proszę nie wychodź.

– Miśka wiem i nie wychodzę z domu. Chociaż to trudne, a stara już jestem.

– Babciu co ty mówisz?! Nie jesteś stara, a to przeczekamy. Wyjdź na balkon, wypij kawę, zaraz będzie czas na sadzenie kwiatów. A twoje pelargonie przetrwały zimę?

– No no no, wystawię je na balkon, ale jeszcze za zimne są noce i ranki. Ach, Miśka…

– Co babciu?

– Przykrzy mi się samej. Teraz jeszcze to siedzenie w domu…

– Wiem, dzielna jesteś – zobacz, już prawie dwa tygodnie dałaś radę. Zakupy masz zrobione. Nigdzie nie musisz się spieszyć. Wiesz, jak trudno jest teraz funkcjonować? Dzieciaki mają szkołę na ekranie komputera, przynajmniej u Mani nie martwię się lekcjami. Szkoda tylko, że omija ją zabawa z koleżankami i ostatnie chwile zanim skończy przedszkole. Maja tak samo – kończy podstawówkę i do egzaminów musi przygotowywać się sama. Ufam, że będzie dobrze i że sobie poradzi. Mikołaj za to szczęśliwy: wstaje za minutę ósma, włącza guzik i już jest na lekcji. Bardziej to przypomina ferie albo wakacje.

– No tak, do końca roku szkolnego jeszcze kawałek. A ty codziennie do pracy jeździsz?

– Tak babciu. Wracam z pracy i już w drodze pilotuję życie domowe: Maju wstaw kaszę. Jak dojadę to szybko podgrzeję mięso i od razu będzie obiad. Sprawdź jeszcze proszę, czy są ogórki kiszone, jeśli nie to kupię pod domem. Rozumiesz, taka matka Polka w czasach pandemii. O, muszę kończyć, szef dzwoni. Trzymaj się, zadzwonię! Niczym się nie martw, nie jesteś sama!

***

– Cześć babciu. Jak się masz dzisiaj?

– No no no, stara bida Miśka. Siedzę jak ten kołek, tylko gadanie przez telefon z tego życia mi zostało.

– Babciu, jeszcze trochę. Wiecznie nie będziemy zamknięci. Zobacz, jaka jesteś bezpieczna: nie musisz jechać metrem do pracy, nie musisz iść do sklepu, bo zakupy masz pod drzwi podane; a małe spacerki możesz robić na balkonie.

– Miśka! Balkon to pięć kroków w jedną i w drugą stronę licząc razem. To żaden spacer. Poza tym chcę już sama pójść po bułki, a nie się prosić i zawracać wam głowę.

– Babciu nie zawracasz! Jak możesz tak w ogóle pomyśleć?! 

– Wiem swoje, macie teraz tyle na głowie i jeszcze stara baba, której trzeba robić zakupy. Sama sobie sprzątam, gotuję, to i sama chcę pójść do sklepu.

– Babciu proszę, nieee. Całe życie opiekowałaś się nami, dogadzałaś i dbałaś, by niczego nie zabrakło. Teraz daj szansę się odwdzięczyć. Muszę kończyć. Oddzwonię i obiecaj proszę, że nie wyjdziesz z domu?

– Nie wyjdę, no już kończ, w pracy jesteś.

***

Kwiecień 2020

– Babciu rozmawiałam z mamą. Podobno wyszłaś na zewnątrz? Dlaczego, przecież obiecałaś?

– Miśka poszłam tylko do sklepu na dole. Skończył się płyn do dezynfekcji, a sprzedawcy wydzielają i na osobę można kupić jedną butelkę. Podobno brakuje go wszędzie. Sama widzisz, że musiałam wyjść.

– Babciu, podjechałabym specjalnie dla Ciebie po ten płyn, gdybyś chociaż zadzwoniła…

– No no no, następnym razem zadzwonię.

– Uparta jesteś. Kochana, ale uparta. Widziałaś te furgonetki, które wywoziły ciała we Włoszech? U nas tak nie będzie, bo zostaliśmy w domu. Posłuchaliśmy i przetrwamy. Trzeba wierzyć. Mam pomysł – jak spotkamy się już po tym wszystkim, napijemy się dobrej nalewki i będziemy wspominać, że to już za nami. Co myślisz? Jesteśmy umówione? Babciu…

– No no no, napijemy się. Dobrze Miśka, kończ już, pewnie zmęczona jesteś. Jeszcze w pracy?

– Nie, właśnie idę do metra. Babciu a czym ja mam się zmęczyć? Pracą przy komputerze? Gotowaniem obiadu, kiedy nie palę w piecu? Praniem, które ładuję do pralki, a potem przerzucam do suszarki? To ty miałaś ciężko, nie ja. Daję radę, wszyscy dajemy i nie przesadzajmy – to nie wojna, którą ty tak dobrze pamiętasz…

– Ach Miśka, nie wojna, ale nie jest dobrze. W święta się nie spotkamy…

– No to po świętach się spotkamy. Jakoś wytrzymamy. A w maju twoje urodziny, będziesz miała jeszcze tłum ludzi w domu. I na działkę pojedziemy – zawiozę cię, co ty na to?

– No no no…

***

– Babciu jak ci się podobaliśmy w kamerce? Święta, święta i po świętach.

– Nie widziałam was prawie w tym telefonie. Za mały obraz dla mnie. A poza tym, co to za święta? Bez pójścia ze święconką, bez wspólnego śniadania wielkanocnego i podzielenia się jajkiem? To nie święta, Miśka.

– Babciu nam też było dziwnie, ale jeszcze niejedne święta razem spędzimy. Ważne było się nie spotkać dla bezpieczeństwa wszystkich, a dla ciebie najbardziej. Musimy chronić starszych, podobno wirus dla nich jest najgroźniejszy.

– Miśka odkąd żyję, nigdy nie byłam sama w święta, nigdy… Ty nawet nie wychodząc z domu miałaś przy sobie dzieciaki i męża. Ja pusty dom.

– Babciu wiem, rozumiem. Ale zobacz, za chwilę będzie maj i umówimy się na spacer u mnie. Pokażę Ci, jak pięknie rozrósł się nasz park, jak zadbana jest obwodnica z pięknymi pasami zieleni. I wiesz, mam dla ciebie niespodziankę! Wyobraź sobie, że ekipa remontująca obwodnicę odkryła fragmenty nawierzchni, pochodzące z okresu dwudziestolecia międzywojennego. Podobno z tego bruku wybudowana była droga prowadząca do budynków mieszkalnych i fabryki amunicji istniejącej na Targówku w latach 1926 – 1944. Niesamowite! Dobrze, że pozostawili część tego bruku. Ale się cieszę, że będziesz mogła to zobaczyć!

– Chętnie zobaczę. Jeszcze się umówimy. Miśka muszę kończyć, ktoś dzwoni domofonem. No no, wszystkiego dobrego, cześć.

***

Maj 2020

– Wszystkiego najlepszego babciu w dniu urodzin! Jak dobrze się przytulić i być znowu razem…

***

Czerwiec 2020

– Babciu jak się czujesz? Jak cię tam traktują? A jedzenie?

– Cześć Miśka. Może być. Słaba jestem, a jedzenie dobre, tak.

– Ale numer wywinęłaś. Byłyśmy umówione na niedzielny spacer i oglądanie historycznego chodnika, a ty wyjeżdżasz na sygnale do szpitala. No wiesz… Babciu, nic się nie martw! Nadrobimy cały stracony czas i nasz spacer. Co się odwlecze, to nie uciecze. Teraz musimy zadbać o ciebie. Szkoda, że nie można odwiedzać chorych, ale to też sobie odbijemy. Tylko odpoczywaj, nic nie musisz tam robić. Dobrze?

– No no no, odbijemy…

– Babciu, a wiesz, że posadziłam byczki? Twoje ulubione, miałaś takie w ogródku przed domem, pamiętasz?

– No no no…

– Babciu?

– Tak?

– Kupiłam na bazarku rabarbar, powiedz, jak z niego zrobić kompot? Robiłaś taki pyszny kiedyś?

– Nie wiem Miśka… Zagotować, posłodzić.

– Już pamiętam, tak właśnie zrobię. Babciu, nie męczę już rozmową, zadzwonię jutro. Trzymaj się dobrze?

– No no no… Cześć.

***

Mijały dni, a potem tydzień, dwa, a ty nie wychodziłaś ze szpitala. To nieodwiedzanie cię złościło nas najbardziej. Dobijało, bo nic nie można było zrobić. Właśnie tak to pamiętam, że nic nie da się zrobić. Bezsilność, która kawałek po kawałku wyrywała ukrytą głęboko w sercu nadzieję. I wokół nasz dziwny świat. Kiedy po dwóch tygodniach okazało się, że wychodzisz, a nazajutrz, że jednak nie – bo wdała się infekcja żołądkowa – to na wdechu przez kolejne dni znowu czekaliśmy na dobrą nowinę. I nagle  zamiast uniesień radości, że opuszczasz szpital, mama mówi: „Babcia miała udar. Nie wiadomo, jak długo czekała zanim przyjdzie do niej lekarz…Stan stabilny…” Wstukuję w internet i czytam, że przy udarze ważne są pierwsze minuty… Boże, czy wtedy pospieszyłeś lekarza do niej? Czy zdążył zanim…?

Nie dowiemy się, po jakim czasie odkryto, że babcia miała udar. Mogły być to nawet godziny. Najdłuższe w jej życiu. Gorsze niż te z ostrzału stolicy w czasie powstania warszawskiego, o który pytałam każdego pierwszego dnia sierpnia i o który już nie zapytam… Nawet wtedy nie była sama, jak teraz w zimnym szpitalu w XXI wieku. Bez ciepła bliskich ramion, z dala od świata uśpionego izolacją i niedotykiem. Bliżej swojej samotności niż kiedykolwiek wcześniej.

            Nadzieja odżyła z twoim powrotem do domu. Niestety, trwała krótko. Po trzech długich tygodniach przyjechałaś odmieniona. Nie chcieliśmy wymówić głośno tego, co widziały nasze oczy. Przygotowywałaś się na kolejną, tym razem ostatnią wędrówkę. W ciszy i skupieniu wewnątrz własnej duszy robiłaś podsumowanie. Wiedziałaś i czekałaś na te chwile. Od śmierci dziadka tylko tego pragnęłaś i wcale nie ukrywałaś przed nami. Rozmawiałyśmy o tym, a ja zawsze swoje „Babciu nawet tego nie mów. Musisz żyć, jesteś nam potrzebna.” Nie chcieliśmy słuchać, bo nie byliśmy gotowi po odejściu dziadka żegnać i ciebie. Upłynęło pięć lat, a my wobec ciebie umierającej jeszcze bardziej nie byliśmy gotowi. Nie wszyscy są i dziś, choć już od niemal dwóch lat przechadzasz się z dziadkiem w niebieskim domu.

            Nie odbiłyśmy sobie. Nie napiłyśmy się tej cholernej nalewki. Nie poszłyśmy na spacer obwodnicą. A wiesz, zrobiłam wtedy ten kompot z rabarbaru taki, jaki piłam dawno temu u ciebie z dużego garnka, siorbiąc prosto z chochli w letniej kuchni…

            Rzeczywiście zegary nie stają, gdy ktoś umiera. Czas niczym rzeka płynie niewzruszony, choć wydaje się, że przystaje z ostatnim oddechem. Ruch wskazówki odbiera gwałtownie to złudzenie. Właściwie nic się nie zmienia; ktoś się rodzi, ktoś bierze ślub, ktoś z kwiatami czeka na kogoś. Nie ma końca, wszystko chce żyć i żyje. Dzisiaj rozkwita zielenią ziemia, jak przed dwoma laty, kiedy obietnice spaceru snułyśmy przez telefon. Wpatrzona w kołyszące się drzewa słucham wiatru, który nie ma końca… Widzę cię, jak ucierasz chrzan do czerwonej miski. Słyszę, jak mówisz „Miśka, no i jak ta kasza? Może być?”. Czuję twoją obecność za każdym razem, gdy wiatr popycha gałęzie dużych drzew. Nie posadzę byczków tego lata…

            Gdybym tylko mogła cofnąć czas, przyjeżdżałabym do ciebie i rozmawiałybyśmy twarz przy twarzy, a nie przez ten przeklęty telefon. Gdybym tylko wiedziała… Ale kto mógł to wiedzieć… Zamknęliśmy ci świat, a on i tak dla ciebie się kończył. W czasie przeklętej izolacji i zachowywania środków bezpieczeństwa w kontakcie z drugim człowiekiem dałaś nam ciche przyzwolenie na bycie razem. Dałaś nam dotyk w czasie, kiedy inni dbając o siebie nie dotykali się wcale. Czuwając przy twoim łóżku dzień i noc mogliśmy spotkać się wszyscy po kolei. Jakby to były święta, tylko jakieś inne – bardzo zamyślone, ale święta.  Dałaś nam czas na przemyślenia. Twoje umieranie to lekcja miłości, babciu. Darem są dla mnie ostatnie dni z tobą, które teraz mają zastąpić wszystko, czego nie zdążyłyśmy zrobić.

            Kiedy spaceruję po parku tulę się do myśli, że patrzysz na mnie z góry. Kiedy mijam tę umajoną łąkę przy wierzbie przypominam sobie pożegnanie, kiedy już nie otwierałaś oczu, a na mój śpiew otworzyłaś je i włożyłaś swoją dłoń w moją. Czy to wydarzyło się naprawdę, czy śpiewałaś wtedy razem ze mną? Pamiętam, jak dotykałam tę chwilę, jak tuliłam moment wiedząc, że tu i teraz zaraz zniknie…

***

            Pandemia powoli słabnie, maseczki spadają ze spierzchniętych ust. Skóra na rękach nie ma siły na kolejną dezynfekcję, pragnie pieszczoty z dotyku drugiego człowieka. Spotykamy się wstrzemięźliwie i nie wszyscy naraz. Otwieramy niepewnie i bardzo powoli. Przytulamy ostrożnie, patrzymy nieufnie. Trwamy, ale czy tak przetrwamy? Jeśli wierzyłam w to, że za tydzień, za miesiąc to się skończy – w co wierzę po całym roku, po dwóch?

            Babciu uzgodniłyśmy, że to nie wojna i nie wolno narzekać. Nie będę. Nie będę też wierzyć w niedotyk. Nie będę wierzyć w niespotkanie i nierozmowę z człowiekiem. Nie będę nieostrożna, będę jednak blisko i nie sama. Co mi na to powiesz dzisiaj? Czy to wtedy pomogłoby tobie?


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.