książkowo

To takie dziecinne proste…

Pamiętam… będąc kilkuletnią dziewczynką, kiedy słuchałam opowieści babci i dziadka jak to było w czasie wojny, złościłam się na jedną sprawę. Wydawało mi się wtedy, że kluczową rzeczą (dziwne, że żaden dorosły na to nie wpadł, myślałam) było powiedzenie, że nie chcemy ich tu. „Czy nie można było powiedzieć tym Niemcom i Rosjanom, żeby sobie poszli, przecież mają swój kraj?…” zapytałam któregoś dnia dziadka. Pamiętam uczucie, kiedy łagodnie pogłaskał mnie po głowie i nic nie powiedział. NIC z lekkim uśmiechem i ogromną bezsilnością. A przecież wystarczyło wykopać stąd obcych żołnierzy. To takie dziecinnie proste.

Wczoraj skończyłam lekturę arcydzieła światowej literatury pt. „Zabić drozda” Harper Lee. Autorka swoim debiutem i jedyną powieścią, jaką napisała, dała nam treść uniwersalną. Książka opublikowana w 1960 roku doskonale podsumowuje świat kilkadziesiąt lat później. Nie dziwne, że natychmiast stała się bestsellerem, a w rok później otrzymała Nagrodę Pulitzera. Lata trzydzieste XX wieku to okres wszechpanującego rasizmu w Ameryce Północnej. Echem powraca pytanie, gdzie przebiegają granice ludzkiej tolerancji. To poruszająca opowieść o dzieciństwie i kryzysie sumienia, odwołująca się do tego, co w życiu człowieka najcenniejsze – miłości, współczucia, dobroci. Czy nie te wartości są najcenniejsze dzisiaj, gdy w Europie znowu wojna? Wstrzymałam oddech czytając rozmowę bohaterów książki, słowa dwunastoletniego chłopca do dziewięcioletniej dziewczynki: „Ja też tak myślałem – przyznał w końcu – kiedy byłem w twoim wieku. Ale jeśli istnieje tylko jeden rodzaj ludzi, to dlaczego nie możemy żyć ze sobą w pokoju? Skoro wszyscy są tacy podobni, czemu schodzą czasem z dobrej drogi i zaczynają gardzić sobą nawzajem?…”.

Przemyślenia tej dziewięciolatki przypomniały mi moje, sformułowane w tamtym pytaniu do dziadka. Dziewczynka rozmyśla o doniesieniach, jakie dochodzą w komunikatach prasowych o działaniach Hitlera „Jeden maniak i miliony Niemców. Wydawało mi się, że to oni powinni zamknąć jego, a nie na odwrót”. To takie dziecinnie proste. To takie proste i oczywiste, że wojny są sprawą dorosłych. Dzieci na całym świecie mają prawo do poczucia bezpieczeństwa, mają prawo do zabawy i beztroski, mają prawo do dzieciństwa, czyż nie?

Zastanawiam się, czy ukraińskie dzieci myślą podobnie dzisiaj… Czy to nie dziwne, co wyprawiają dorośli? Putin ma swoją Rosję, więc czego chce? Dlaczego nasi tatusiowie nie mogą zwyczajnie wygonić Rosjan, nie wpuścić z karabinami na nasze podwórka? Dlaczego muszę zostawić moje ulubione klocki, nie mogę zabrać wszystkich misiów? Dlaczego wędruję z mamą do innego kraju, domu – przecież mamy swój? To takie dziecinnie proste…

„Jesteśmy najbezpieczniejsi na świecie (…) Tak rzadko los każe nam pokazywać, jacy z nas chrześcijanie, że kiedy naprawdę trzeba, wynajdujemy ludzi takich jak (w miejscu imienia bohatera książki pomyśl, kogo możesz wpisać tu dzisiaj), żeby byli chrześcijanami w naszym imieniu.”

Bezradność, która jest codziennym pokarmem w czasie wojny, odbiera wszelką nadzieję. Książka „Zabić drozda”, która o wojnie nie jest, a porusza inny niezwykle ważny i nadal aktualny problem nietolerancji ze względu na rasę, okazuje się być również ważną lekcją we współczesnym świecie. W świecie, w którym trudno być dorosłym, bo nie ma odpowiedzi na wiele pytań. A przecież one są, takie dziecinnie proste…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.