Lepiej z futrzakami niż bez

Nie wiem, czemu, ale po tytule spodziewałam się książki o… no właśnie, o kotach. O ich zwyczajach, ulubionym jedzeniu i sposobach spędzania czasu. O ich charakterze, o którym mówią nawet ci, którzy z kotem nie mieli nigdy nic wspólnego, ale doskonale wiedzą, że „koty są aroganckie, niezbyt miłe, żeby nie powiedzieć wredne”. Od razu wyjaśniam – jestem kociarą od zawsze, więc mam osobne zdanie na ten temat. Zapewne nieco nieobiektywne, ale – choć na co dzień mieszkam z psią dziewczynką – absolutnie przepełnione miłością i szacunkiem. O czym może później.
Za rzadko patrzymy w chmury, za mało puszczamy wodze wyobraźni. Pomyślałam zaczytana w jednym z pięknych utworów książki pod znaczącym tytułem „Kiciusie, koty, sierściuchy”. Jedenaścioro autorek i autorów zainspirowanych kocimi futrzakami opowiedziało historie, w których koty grają główną rolę, choć nie zawsze są na pierwszym planie. Jednak ich rola jest doniosła, a wręcz magiczna. Koty, choć tajemnicze, są bardzo mądre i czułe. Wyczuwają złe intencje na odległość, a za dobro potrafią odwdzięczyć się człowiekowi.
Wśród opowiedzianych historii są takie, które z miejsca skradły moje serce i takie, których nie doczytałam. Znalazła się też taka, przy której popłynęły łzy. Bo koty to przede wszystkim bezbronne stworzenia, którym łatwo wyrządzić krzywdę. Są zdane na łaskę i niełaskę człowieka, choć chciałabym wraz ze wszystkimi miłośnikami światów na czterech łapach, aby tak nie było. I właśnie dlatego książkę polecam nie tylko kociarzom, ale wszystkim, którzy lubią sięgnąć do miłej, refleksyjnej lektury. A porę do tego mamy idealną, bo jesień przykrywa wieczorami miękkim kocem i przy łykach gorącego kakao zachęca do czytania.
Czytając spoglądałam częściej w chmury, a wyobraźnia przypomniała historię mojego czarnego kota. Pewna kocia dziewczynka rosła ze mną, odkąd maleńką przyniosłam z jej dwójką rodzeństwa. Jakiś człowiek pozostawił trzy szczęścia w kartonie po butach na przystanku autobusowym. Jakiś inny człowiek znalazł i przygarnął. Była ze mną w zabawie i szkolnych smutkach. Trwała, gdy uczyłam się do egzaminów, a potem dostałam do liceum. Wybaczyła, gdy wyprowadziłam się na studiach, a w nowym domu miałam… pieska. W chorobie walczyła, by okazać mi swoją miłość i żyć dla mnie. Nie było ratunku… Po niespełna czterech miesiącach, w dniu mojego ślubu, oczami wyobraźni wciąż ją widziałam: miękkie czarne futerko i najmądrzejsze błyszczące oczy wpatrzone we mnie. Przy białej sukni był to aż nadto wyraźny obraz. Wiem, że towarzyszyła mi wtedy, w domu rodziców, gdy szykowałam się do wyjścia. Już bez niej przy boku. Ale na zawsze w sercu. Dziękuję za obudzenie we mnie wspomnienia tej bezgranicznej miłości.
Lubimy książki mądre i ładnie wydane. Wydawnictwo Mięta dobrze to wie i wydanie „Kiciusiów, kotów, sierściuchów” w stylowej, twardej oprawie jest tego doskonałym przykładem. Na własną półkę z książkami, albo na prezent. Koniecznie polecam.

