Co roku ten sam dylemat i spory pomiędzy ludźmi, prowadzące do ogromnych podziałów. Bo przecież jak wejść w ostatni kwartał roku nie odpowiadając uczciwie na pytanie „czy ją lubię?”. Ciekawe, że w przypadku pozostałych pór roku ten problem nie istnieje. Nikt nie pyta przecież o zachwyt nad zimą czy latem, co właściwie jest naturalne. Lato to odpoczynek, świeże powietrze, wolność od szkoły w czasie wakacji. Zima to biały puch, choć może ostatnio mniej oczywisty w niektórych szerokościach geograficznych oraz najpiękniejsze i jedyne w roku Święta Bożego Narodzenia. Wiadomo, że oznaczają górę prezentów pod choinką, więc podciągają zimę w rankingach „lubienia”. Wiosna jako królowa świeżości i lekkości niesie ze sobą mnóstwo nadziei i pozytywnej energii. Nie da się jej znielubić, gdy w zapasie coraz cieplejsze weekendy i niegasnąca wciąż szansa na realizację jeszcze nieprzeterminowanych postanowień noworocznych. Ale jesień?! Na samą myśl przywodzi chłód i pluchę. Bezdyskusyjnie najpierw zabiera wakacje i lato, by zaraz potem zmusić do założenia pełnych butów. Wraz z rokiem szkolnym nakłada na małych i dużych mnóstwo obowiązków i spraw do załatwienia, jakby była najważniejsza na świecie. Zbuntowani lub nie, prawie wszyscy zaliczamy katar, ból gardła i kolejkę w aptece. I wszystko dlatego, bo teraz jest jej pora. Jeszcze brakuje tylko, aby sylwester świętować w październiku i może wtedy byłaby ukontentowana! Jesień jedna.

I jak ją bronić? Tyle jest do wybaczenia. Jak uwierzyć, że jest potrzebna i gdy tylko zechcemy, ma tak wiele do zaoferowania? Bo naprawdę ma.

A gdyby spojrzeć na sprawę z zupełnie innej strony, wówczas w innym świetle może ją zobaczymy. Powody są poważne, bo czy ucieszy nas Boże Narodzenie, gdyby je zrobić na zakończenie wakacji? Czy docenimy następne lato, gdyby miało trwać choćby do wiosny? Kiedy, jak nie jesienią, spędzać rodzinne przytulne wieczory na planszówkach i romantyczne przy świecach tylko we dwoje? Kiedy planować kolejne wakacje czy wiosenne remonty, jak nie w czasie inspirujących rozmów w listopadowe sobotnie popołudnie?

Zatem, kto się przekona, że nie jest wcale taka zła i że przy odpowiednim oświetleniu, choćby tylko naszej pogody wewnętrznej, potrafi odwdzięczyć się złotymi dekoracjami spadających liści? Gdy zerkniecie łaskawie okaże się, że nie tylko ja uwielbiam ją za wrześniowe obietnice pięknej pogody, za szary sweter i miękki koc. Za ciepły kubek gorącej czekolady, wypity wśród wrzosów na moim balkonie. Za rozpalone świece, zapach domowej szarlotki; za kasztany i szelest liści na spacerze; za krople deszczu i niepowtarzalny nastrój, który wystarczy po prostu zauważyć i współtworzyć…

No kto, choć jeszcze nie lubi, przyzna, że można ją polubić? 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *