Kto robił remont ten wie, że plany można sobie robić palcem po kałuży, albo przynajmniej przy każdym punkcie zostawić miejsce na komentarz, dlaczego „nie dziś”. Z takim właśnie podejściem, pełnym optymizmu i pewności, że nic nas nie zaskoczy, rozpoczęliśmy remont.

Fachowcy od pięknego rozłożenia na ścianie cegły oraz ułożenia tubądzinowych puzzli na podłodze utwierdzili nas, że dłużej znaczy również solidniej, a przede wszystkim tak, jak chcemy 🙂 Po przeobrażeniu kuchni w perełkę z katalogu, zamontowanie szafek i sprzętu AGD wydawało się właściwie już tylko banałem. Tym bardziej, że to robota dla profesjonalistów, w którą nie zamierzaliśmy się wtrącać, oprócz jednego – zachowania naszego projektu. Ale tu komfort odczuwaliśmy jeszcze większy, skoro pomiary pod projekt robił specjalista. Całość przedsięwzięcia była zaopiekowana i dopracowana w najmniejszych szczegółach. Mogliśmy zacząć rozmyślać o zbliżających się wakacjach… I tu pauza – rozpoczynającą się właśnie opowieść musiałabym podzielić na wiele rozdziałów, a może wcale nie tak wiele, jednak są ciekawsze tematy na długie rozdziały – tu wystarczy streszczenie.

Montaż nie odbył się w misternie zaplanowanym grafiku, który wcześniej starannie rozpisaliśmy na wszystkich członków rodziny. Jedyne, co udało się zrealizować tego dnia, to jedzenie sushi pośród kartonów i zafoliowanego sprzętu oraz białe wino, które w efekcie lekarstwem się okazało. Dlaczego nie doszło do montażu? Pan Mądrala z miarką bachnął się wymierzając kuchnię za pierwszym razem. A skoro już przytrafiło nam się „to najgorsze”, uśpiliśmy czujność, że już nic „złego” się nie wydarzy. Właśnie wtedy Pan Mądrala z miarką po raz drugi postanowił sobie nie żałować chałtury i bachnął się przy weryfikacji pomiarów po raz drugi. Warto zaznaczyć, że taką weryfikację robi się od razu po remoncie, kiedy glazura i terakota już leżą, a całe pomieszczenie czeka na dostawę mebli. U nas te meble już stały, bo firma zapomniała nam powiedzieć o tym elemencie układanki… Kiedy więc przewrócił się pierwszy klocek domina, reszta poszła lawiną. Cóż nam pozostało? Wykupić, przeznaczony na ten rok, cały zapas asertywności, wziąć ze skrzyni z zabawkami tarczę i miecz i stawić się w sklepie celem ustawienie domina na nowo.

Gdyby nie upór, nie wiem, czy nadal nie potykałabym się o kartonowe paczki, a wino piła tylko w ramach leczenia zgryzoty. Tymczasem… kuchnia stoi i ma się świetnie. A ja mam wrażenie, kiedy na nią patrzę, jakbym oglądała jakiś katalog wnętrzarski. Bajka. Remont za nami. Nowa sukienka kuchni włożona 😉 Teraz czas na wakacje, imprezy z przyjaciółmi i wyprawa na zakupy po nowy kostium kąpielowy.  

Pozostaje jeszcze miłe wzdychanie jeszcze przez długi czas za każdym razem, kiedy będę krzątać się po sercu mojego domu… Nie będę sobie wcale tego żałować, pięknego weekendu Kochani!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *